Opowiem wam baśń...
Zaczyna się tak...
Dawno, dawno temu żyła młoda dziewczyna. Bardzo lubiła chodzić do szkoły. Zawsze z chęcią w stawała wcześnie rano, aby iść dłuższą drogą. Najpierw szła przez las, potem przez dzielnice wąskich uliczek, gdzie zawsze musiała chodzić bokiem, ze względu na swoją tuszę.Na samym końcu drogi zawsze czekał na nią plac, przemieniony na rynek. To było jej ulubione miejsce. Fascynowały ją stragany pełne dziwnych przedmiotów. Dziewczyna zawsze wyobrażała sobie, że każda z tych rzeczy ma w sobie magię.
Za straganami była alejka wróżek i jasnowidzów. Przyszła niewiasta nigdy tam nie zachodziła, bała się. Za młodu mama opowiedziała jej tyle strasznych historii dotyczących tego miejsca i one tak utkwiły jej w pamięci, że po mimo już szesnastu wiosen nadal w nie wierzyła.
Obchodzenie straganów zawsze zajmowało dziewczynie około godziny, po mimo tego nigdy się nie spóźniła do szkoły. Ba! Zawsze była trzydzieści minut przed czasem.
Nie będę opisywać jak przebiegały lekcje, bo one od wieków wyglądają bardzo podobnie. Mogę tylko dodać, że to była szkoła dla dziewcząt z dobrych domów.
Po ośmiu godzinach dziewczyna wracała do domu, zawsze była zmęczona, gdyby szła najkrótszą drogą po dwunastu minutach siedziałaby przy stole i jadłaby obiad.
Jednakże, jak to mają w zwyczaju bohaterki legend i baśni, ona wolała iść przez rynek,wąskie uliczki, w których się nie mieściła i las. Półtora godziny to bardzo krótki okres czasu, po co się śpieszyć?
W drodze powrotnej przyszła niewiasta nie przyglądała się straganom tak bardzo jak idąc do szkoły.
Nigdy za dużo nie mówiła, otyłość ją bardzo onieśmielała. Nikt nigdy jej nie zaczepiał, zawsze szła w ciszy do domu. Jej muzyką był gwar z rynku, odgłos kroków i szum drzew z lasu.
Pewnego razu, gdy po szkole wracała do domu, w końcu ktoś się do niej odezwał.
Usłyszała: "Panienko...panienko...Czy mogłabyś..."
Był to głos starej kobiety. Dziewczyna jej nie widziała. Nie widziała jej ponieważ nigdy nie spoglądała w stronę alejki wróżek i jasnowidzów.
Staruszka siedziała obok wejścia do tego strasznego miejsca. Miała na sobie ciemny płaszcz. Na głowę był nasunięty kaptur, a spod niego wystawała kolorowa chusta naciągnięta na oczy.
Młódka spodziewała strachu, ale go nie odczuwała. Współczuła.
Widok łachmanów na kobiecinie oraz okropna wysypka całym ciele mógł spowodować tylko dwie rzeczy: zgorszenie albo empatię.
Dziewczyna miała dobre serce więc nietrudno się domyślić, że czuła to drugie.
Łagodnym głosem odezwała się:"Słucham. O co Pani prosi?"
Usłyszała bardzo rzeczową odpowiedź:"Potrzebuję 20 groszy, brakuje mi do chleba."
Serce przyszłej niewiaście pękło. Cierpienie w głosie poinformowało ją o prawdziwości tej prośby.
Nie dała staruszce pieniędzy. Kupiła jej dwa bochenki chleba.
Przyszła niewiasta patrzyła jak kobieta jadła, czuła taką potrzebę.
W końcu jej się znudziło miała już odchodzić ale babuszka ją zatrzymała. Powiedziała:"Prosiłam cię o 20 groszy, a Ty dałaś mi dwa chleby. Prosiłam o niewiele, ale tylko Ty wysłuchałaś mojej prośby. Wynagrodzę Ci to. Powiedz mi swoje życzenie, a ja je spełnię, wszak moc mam."
Panienka wyszeptała swoje najskrytsze pragnienia i odeszła.
Następnego dnia obudziła się chuda i po raz pierwszy rozmawiała z chłopakiem.
Teraz jakby wyglądała ta baśń w naszych realiach...
Żyła, a właściwie żyje pewna dziewczyna. Jako typowa nastolatka nie przepadała za szkołą. Zawsze chodziła do niej najkrótszą drogą. Często się spóźniała. Jej podróż do "fabryki wiedzy" trwała około dwunastu minut z buta, mimo to często myślała o jeździe autobusem. Nie ważne czy jechałaby autobusem czy szła na piechotę musiałaby minąć plac, na którym często przesiadywali cyganie. Jak ona nimi gardziła! Uważała, że nie powinno ich tam być, że powinni pracować, a nie żebrać na ulicy. (Cóż... po części się z nią zgadzam.)Zawsze przechodziła ten odcinek drogi bardzo szybkim krokiem.
Po siedmiu godzinach lekcji wracała do domu.
Tego dnia miała nie wiarygodnie dobry humor. Nawet nie zauważyła, że jest na cygańskim placu. Usłyszała za sobą głos, pewnie gdyby wiedziała czyj to głos nie odwróciłaby się. (Zawsze zbywała przechodniów pytających o drogę itp.)
Spojrzała w tył. Zobaczyła starą cygankę. Kobieta odezwała się:"Witaj złociutka, masz może 20 groszy? Brakuje mi do chleba."
Dziewczyna wielokrotnie słyszała opowieści o "biednych cyganach" okradających tych co okazali im współczucie i chcieli pomóc. Nie wierzyła też w głód kobiety, sądziła, że brakuje jej na fajki.
Mimo całej niechęci do Romów wyciągnęła odpowiednią monetę z kieszeni i wręczyła staruszce.
W nagrodę otrzymała szczęśliwą monetę (1 grosz) oraz propozycję wróżby.Nastolatka nie chciała, ani siedzieć na tej samej lawce co babka, ani dotykać jej brudnych kart.
Doskonały humor pryskał, rosła wściekłość, ale widząc szczery, bezzębny uśmiech przycisneła dosiebie torbę i wyciągneła kartę. Słyszała głupoty, które jednym uchem wpadały, a drugim wypadały. W pewnym momencie staruszka zasugerowała wyciągnięcie pieniędzy z portfela, bo wróżba się nie spełni.
Krew w żyłach dziewczyny się zagotowała. Była wściekła, wstała z ławki i wydarła się na cygankę, że nikt nie będzie jej kazał wyciągać pieniędzy z portfela, a na pewno nie uliczna złodziejka.
Zaczęła iść, usłyszała:"Na twarzy pojawią ci się wielkie tłuste ropiejące krosty".
Dziewczyna pomyślała: Na pewno się tak stanie!"i szła dalej. W pewnym momencie przypomniała sobie o szczęśliwej monecie. Wyciągnęła ją z kieszeni i rzuciła jak najdalej umiała.
Krosty nie wyskoczyły na jej twarzy, jedyna różnicą w jej życiu jest to, że jeszcze bardziej nie lubi cyganów.
Nie przenośmy baśni do naszej rzeczywistości, jeszcze za mało w nim chaosu...
Ewentualne błędy poprawie później :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz