niedziela, 11 listopada 2012

NeoCube Część I

     -Jesteś tylko małą cząsteczką naszego świata. Sam jesteś niezdatny do czegokolwiek.-Tak mówiła mi mama, kiedy byłem mały. Umm... mały to złe określenie, bo od tamtego czasu urosłem tylko dwa milimetry. Jestem kulką należącą do NeoCube, gatunku złożonego z setek neodymowych magnesów, łączących się w wioski. Pozornie jestem taki sam jak wszyscy inni przedstawiciele mojego gatunku w całym wszechświecie. Zbliża się mój 358 dzień mojego życia/egzystencji, moja prawdopodobna śmierć... W jednej godzinie rodzą się na całym świecie tylko dwie kulki, przeznaczone sobie na zawsze. Kiedy umiera jedna, druga nieświadomie idzie w jej ślady. Mówiłem o prawdopodobnym końcu mojego życia, jest on w 99% pewny.
Przez rok bez siedmiu dni magnes musi znaleźć przeznaczoną sobie kulkę. Po ich spotkaniu są nierozłączne, nie umierają w 358 dniu życia, żyją jeszcze przez tydzień. Najpiękniejszy tydzień w ich życiu. W chwili połączenia kulek, powstaje ich wspólne dziecko. Legenda głosi, że ci którzy nie odnaleźli "swojej połówki" umierają dlatego, że ich życie nie ma już sensu. Okres 358 dni ma przygotować do wielkiej radości związanej z powstaniem nowej cząstki systemu, jeśli jest pewność, że nie będzie tygodnia szczęścia wszystko się kończy.
Zostało mi 10 dni, a w najbliższym otoczeniu nie ma ani kulki urodzonej w tej samej godzinie co ja, ani innej wioski NeoCube. Moja przyjaciółka - M ma jeszcze gorzej, jej zostało tylko 7 dni do końca. Mędrcy rządzący naszą wioską, kazali nam czekać, aż przybędą do nas nasi kompatybilni, ale... Naprawdę trudno żyć ze świadomością zbliżającej się śmierci. Nie mieliśmy czasu. Nie mogłem bezczynnie czekać na zbawienie, musiałem coś zrobić. Razem z M postanowiliśmy udać się do najbliższej wioski NeoCube, czyli oddalonej o pięć dni. Niestety, prowadzi do niej trudna i kręta droga, łatwo się na niej zgubić. Czasami kulki pomimo znajomości tej trasy mylą się i tułają się w lesie przez wiele dni, aż w końcu kogoś spotkają. Istniało wielkie prawdopodobieństwo, że podzielimy ich los, ale z jedną różnicą, że tam umrzemy.
Starannie przygotowaliśmy się do drogi. Ekchem...trudno byłoby inaczej, bo u nas wyszykowanie się do podróży polega na wysmarowaniu swojej powierzchni dla lepszego poślizgu.
Toczyliśmy się przez las. Była ładna pogoda, na niebie nie widziałem żadnej chmurki. Było tak przez całą naszą podróż...
Pierwszy dzień drogi przebiegł nam bardzo spokojnie. Przebyliśmy dokładnie taki odcinek jak Mędrzec Q przewidział. Wieczorem zatrzymaliśmy się z boku drogi. Położyliśmy się pod listkiem i próbowaliśmy zasnąć. Nie było to łatwe, mimo długiej drogi nie czuliśmy zmęczenia (bo magnesy się nie męczą), prawdę mówiąc wcale nie potrzebowaliśmy snu, ale od pierwszego dnia istnienia byliśmy uczeni w nocy wyłączać umysł. Nasze spanie nie polega na zamykaniu oczu, czy chowaniu się do skorupy. Nie śnimy też w taki sposób jak organizmy żywe. U NeoCube sny są całkowicie kontrolowane, to ilustracje myśli.
Tamtej nocy, rozmawiałem z M o wątpliwościach dotyczących naszej podróży. -Myślisz, że to wszystko ma sens, że się uda?- zapytała mnie. Mogłem się nad tym pytaniem chwilę zastanowić, ale bałem się, że w pewnym momencie zapomnę o izolowaniu myśli od otoczenia. Zwykle nie miałem z tym problemu, ale ostatnio mój umysł czasami ucieka mi z pod kontroli. Telepatia to cudowna sprawa. Nawet gdybyśmy byli w  gigantycznej wiosce, nikt nie słyszałby o czym rozmawiamy, nikt nie wiedziałby o naszym strachu. Odpowiedziałem mojej przyjaciółce: -Nie... to akt naszej desperacji...
Doskonale zrozumiała co mam na myśli, cicho jeszcze szepnęła do mnie -Wariaci razem do końca.
Potem poszliśmy spać i skończył się pierwszy dzień naszej podróży...

sobota, 27 października 2012

Piosenki słuchane nocą

Myślę, że nazwa już wiele wyjaśnia...
Będą tu posty ukazujące moje humanistyczne zamiłowanie do pisania swoich refleksji (w tym przypadku dotyczących piosenek).

Już niedługo pojawi się tu jakiś post...

(Tak, wiem, Pani Sz, pisanie "jakiś" jest nie odpowiednie, zawsze mi Pani obcinała punkty w wypracowaniach za użycie tego typu zwrotów. ;) )

Zmiana nazwy

Uwaga (jeśli ktoś to czyta)!

Od dzisiaj Ból mojego serca zamienia się w Wesołą Grafomanię. Stylistyka bloga się zmieni, tak jak w ostatnich postach, w nowej wersji bloga będą królować historyjki, nie emo-problemy.

Mówimy: żegnaj emo-blogu, witaj grafomański blogu!

Ostatni raz...

Łączcie się w bólu...
Ave Maria!
Ave Satan!

O zapomniałam... co jakiś czas będą się pojawiać posty z serii: Piosenki słuchane nocą, czyli takie moje refleksje dotyczące niektórych piosenek...

O! Jeszcze jedno, prawdopodobnie zmienię adres na: wesolagrafomania.blogspot.com czy coś w tym stylu. ;)

czwartek, 4 października 2012

Opowiem wam baśń...

Zaczyna się tak...

Dawno, dawno temu żyła młoda dziewczyna. Bardzo lubiła chodzić do szkoły. Zawsze z chęcią w stawała wcześnie rano, aby iść dłuższą drogą. Najpierw szła przez las, potem przez dzielnice wąskich uliczek, gdzie zawsze musiała chodzić bokiem, ze względu na swoją tuszę.Na samym końcu drogi zawsze czekał na nią plac, przemieniony na rynek. To było jej ulubione miejsce. Fascynowały ją stragany pełne dziwnych przedmiotów. Dziewczyna zawsze wyobrażała sobie, że każda z tych rzeczy ma w sobie magię.
Za straganami była alejka wróżek i jasnowidzów. Przyszła niewiasta nigdy tam nie zachodziła, bała się. Za młodu mama opowiedziała jej tyle strasznych historii dotyczących tego miejsca i one tak utkwiły jej w pamięci, że po mimo już szesnastu wiosen nadal w nie wierzyła.
Obchodzenie straganów zawsze zajmowało dziewczynie około godziny, po mimo tego nigdy się nie spóźniła do szkoły. Ba! Zawsze była trzydzieści minut przed czasem.
Nie będę opisywać jak przebiegały lekcje, bo one od wieków wyglądają bardzo podobnie. Mogę tylko dodać, że to była szkoła dla dziewcząt z dobrych domów.
Po ośmiu godzinach dziewczyna wracała do domu, zawsze była zmęczona, gdyby szła najkrótszą drogą po dwunastu minutach siedziałaby przy stole i jadłaby obiad.
Jednakże, jak to mają w zwyczaju bohaterki legend i baśni, ona wolała iść przez rynek,wąskie uliczki, w których się nie mieściła i las. Półtora godziny to bardzo krótki okres czasu, po co się śpieszyć?
W drodze powrotnej przyszła niewiasta nie przyglądała się straganom tak bardzo jak idąc do szkoły.
Nigdy za dużo nie mówiła, otyłość ją bardzo onieśmielała. Nikt nigdy jej nie zaczepiał, zawsze szła w ciszy do domu. Jej muzyką był gwar z rynku, odgłos kroków i szum drzew z lasu.
Pewnego razu, gdy po szkole wracała do domu, w końcu ktoś się do niej odezwał.
Usłyszała: "Panienko...panienko...Czy mogłabyś..."
Był to głos starej kobiety. Dziewczyna jej nie widziała. Nie widziała jej ponieważ nigdy nie spoglądała w stronę alejki wróżek i jasnowidzów.
Staruszka siedziała obok wejścia do tego strasznego miejsca. Miała na sobie ciemny płaszcz. Na głowę był nasunięty kaptur, a spod niego wystawała kolorowa chusta naciągnięta na oczy.
Młódka spodziewała strachu, ale go nie odczuwała. Współczuła.
Widok łachmanów na kobiecinie oraz okropna wysypka całym ciele mógł spowodować tylko dwie rzeczy:  zgorszenie albo empatię.
Dziewczyna miała dobre serce więc nietrudno się domyślić, że czuła to drugie.
Łagodnym głosem odezwała się:"Słucham. O co Pani prosi?"
Usłyszała bardzo rzeczową odpowiedź:"Potrzebuję 20 groszy, brakuje mi do chleba."
Serce przyszłej niewiaście pękło. Cierpienie w głosie poinformowało ją o prawdziwości tej prośby.
Nie dała staruszce pieniędzy. Kupiła jej dwa bochenki chleba.
Przyszła niewiasta patrzyła jak kobieta jadła, czuła taką potrzebę.
W końcu jej się znudziło miała już odchodzić ale babuszka ją zatrzymała. Powiedziała:"Prosiłam cię o 20 groszy, a Ty dałaś mi dwa chleby. Prosiłam o niewiele, ale tylko Ty wysłuchałaś mojej prośby. Wynagrodzę Ci to. Powiedz mi swoje życzenie, a ja je spełnię, wszak moc mam."
Panienka wyszeptała swoje najskrytsze pragnienia i odeszła.
Następnego dnia obudziła się chuda i po raz pierwszy rozmawiała z chłopakiem.

Teraz jakby wyglądała ta baśń w naszych realiach...

Żyła, a właściwie żyje pewna dziewczyna. Jako typowa nastolatka nie przepadała za szkołą. Zawsze chodziła do niej najkrótszą drogą. Często się spóźniała. Jej podróż do "fabryki wiedzy" trwała około dwunastu minut z buta, mimo to często myślała o jeździe autobusem. Nie ważne czy jechałaby autobusem czy szła na piechotę musiałaby minąć plac, na którym często przesiadywali cyganie. Jak ona nimi gardziła! Uważała, że nie powinno ich tam być, że powinni pracować, a nie żebrać na ulicy. (Cóż... po części się z nią zgadzam.)Zawsze przechodziła ten odcinek drogi bardzo szybkim krokiem.
Po siedmiu godzinach lekcji wracała do domu.
Tego dnia miała nie wiarygodnie dobry humor. Nawet nie zauważyła, że jest na cygańskim placu. Usłyszała za sobą głos, pewnie gdyby wiedziała czyj to głos nie odwróciłaby się. (Zawsze zbywała przechodniów pytających o drogę itp.)
Spojrzała w tył. Zobaczyła starą cygankę. Kobieta odezwała się:"Witaj złociutka, masz może 20 groszy? Brakuje mi do chleba."
Dziewczyna wielokrotnie słyszała opowieści o "biednych cyganach" okradających tych co okazali im współczucie i chcieli pomóc. Nie wierzyła też w głód kobiety, sądziła, że brakuje jej na fajki.
Mimo całej niechęci do Romów wyciągnęła odpowiednią monetę z kieszeni i wręczyła staruszce.
W nagrodę otrzymała szczęśliwą monetę (1 grosz) oraz propozycję wróżby.Nastolatka nie chciała,  ani siedzieć na tej samej lawce co babka, ani dotykać jej brudnych kart.
Doskonały humor pryskał, rosła wściekłość, ale widząc szczery, bezzębny uśmiech przycisneła dosiebie torbę i wyciągneła kartę. Słyszała głupoty, które jednym uchem wpadały, a drugim wypadały. W pewnym momencie staruszka zasugerowała wyciągnięcie pieniędzy z portfela, bo wróżba się nie spełni.
Krew w żyłach dziewczyny się zagotowała. Była wściekła, wstała z ławki i wydarła się na cygankę, że nikt nie będzie jej kazał wyciągać pieniędzy z portfela, a na pewno nie uliczna złodziejka.
Zaczęła iść, usłyszała:"Na twarzy pojawią ci się wielkie tłuste ropiejące krosty".
Dziewczyna pomyślała: Na pewno się tak stanie!"i szła dalej. W pewnym momencie przypomniała sobie o szczęśliwej monecie. Wyciągnęła ją z kieszeni i rzuciła jak najdalej umiała.
Krosty nie wyskoczyły na jej twarzy, jedyna różnicą w jej życiu jest to, że jeszcze bardziej nie lubi cyganów.

       Nie przenośmy baśni do naszej rzeczywistości, jeszcze za mało w nim chaosu... 

Ewentualne błędy poprawie później :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Bajka?

Dawno mnie tu nie było.
Można powiedzieć, że podróżowałam po różnych światach i każdy był daleko od serca69.
Tęsknię za osobami, za wydarzeniami...
...ale to nie o tym będzie ten post.

                          Ten post będzie o ....
           (tu następuje chwila zastanowienia)
                  ...O ŚMIERCI XD
Um, to znaczy napiszę pod spodem bajkę, w której jednym z głównych bohaterów jest Śmierć(chyba powinno być z wielkiej, w końcu w tym wypadku to nazwa własna).
(Pisząc, że napiszę bajkę, miałam na myśli bajkę w potocznym znaczeniu tego słowa.) 

Tytuł: Śmierć
  Czas akcji: Nieznany
  Miejsce akcji: Nieokreślone, niezbyt duże miasteczko, około 100 tysięcy mieszkańców
  Bohaterowie: Gerald, jego kolega, Śmierć


          W barze, przy piwie siedzi dwóch  dwudziestokilkoletnich mężczyzn.Rozmawiają:
-Gerald, słyszałeś miejską legendę o Śmierci?
-O czym ty mówisz?
-Aa, nie słyszałeś, to ci opowiem.
 Ekchem... Jak wiadomo, każdy musi co jakiś czas zabawić się, nawet...Śmierć. Zdarzało się jej, tak dla zabawy przychodzić do ludzi, którym było jeszcze zapisane w Księgach Życia kilka dobrych lat egzystencji na świecie i poinformować ich, że została im godzina żywota. Oczywiście Śmierć nie wracała po duszę i uważała, przestraszone ludzkie twarze za zabawne (tak, tak, poczucie humoru jest na bardzo niskim poziomie u istot, które egzystują miliony lat i nie ewoluują). Czasami zdarzało się, że człowiek za bardzo się przestraszył i wolna chwila zamieniła się w pracę. :(
W końcu Śmierci się znudziło,no bo ile może bawić jeden, ten sam żart? Przez pierwsze 200 tysięcy lat był zabawny...ale potem...był jeszcze bardziej nużący niż praca.
Po 94 latach nudy wymyśliła dla siebie nową zabawę. Do osób, których dusze ma zabrać do Świata Umarłych, przychodzi z jakąś grą planszową i gra z ofiarą o jeden dodatkowy dzień jej życia, więc jeśli kiedyś do twoich drzwi zapuka istota w czarnym płaszczu do ziemi, z kapturem na głowie i kosą w jednej kościstej dłoni oraz z walizką pełną gier w drugiej...
...to wiedz, że odwiedziła Cię Śmierć...
-Co za nonsens! W życiu nie słyszałem większej głupoty!

           Kilka lat później, Gerald siedzi w swoim domu, rozłożony w fotelu i sączy herbatkę. jego spokój przerywa pukanie...
-Puk...Puk
Mężczyzna otwiera drzwi, stoi w nich zakapturzona postać w płaszczu do ziemi, która trzyma w prawej ręce kosę, a w lewej walizkę. Początkowo Gerald myślał, że to jego przyjaciel, który kilka lat temu opowiedział mu bezsensowną historię o Śmierci, jednak gdy przyjrzał się dłoniom przybysza zauważył, że są to golutkie kości.
Nie zapowiedziany gość odezwał się mrożącym krew w żyłach głosem:
-Przybyłam tu, żeby zagrać...-momentalnie gospodarz uwierzył w legendę i zemdlał.
Śmierć dokończyła:-...na twoim PlayStation. Przechodziłam obok i pomyślałam, że jak załatwię ci kilka dodatkowych lat życia to pozwolisz mi pograć...-Kosiarz pochyla się nad bezwładnym ciałem Geralda, lekko szturcha go kosą i pyta:-Halo! Żyje Pan?
Śmierć lekko wzdycha i mruczy pod nosem:-Czemu wszyscy ludzie są tacy powierzchowni...-spuściła głowę i odeszła pocieszając się myślą, że w tym mieście wiele osób ma konsolę.
                       KONIEC

Nie wiem jak zakończyć post...

                   Odpoczywajcie! :)

wtorek, 17 lipca 2012

Filozoficznych lub pseudofilozoficznych myśli moich kilka. część 1 Szczęście albo schizofrenia


Byłam wczoraj szczęśliwa, tak mi się wydawało, ale to minęło.
To trwało 6 minut, więc to nie mogło być szczęście, ono nie jest aż tak szybko przemijające.
To co to było? Co to za uczucie?
Mogło to być tylko złudzenie?
Gdyby to było złudzenie, to można byłoby wywnioskować, że jest możliwe wytworzenie otaczającej nas iluzji i niezdawanie sobie z tego sprawy.
Możemy mieszać sobie w głowie i myśleć, że to prawda!
WSZYSCY LUDZIE MOGĄ BYĆ SCHIZOFRENIKAMI!
To jest chore!
Sami na siebie zastawiamy pułapki i dobrze nam z tym!
Zastawianie pułapek = niszczeniu.
Jak możemy sami siebie niszczyć?
Jak możemy odróżniać złudzenia od prawdziwych rzeczy?

Arg… tak bardzo chciałabym potrafić odpowiedzieć na te pytania!


Jako, że uzewnętrzniłam swoje myśli, a jeszcze nie napisałam co dzieje się w moim przedziwnym świecie, to teraz to zrobię.

ONA wylądowała w śmietniku.
Jemu wyrosły pryszcze na twarzy, więc nie jest już moim Romeo.
Tak wiem, jestem powierzchowna
W słońcu i w deszczu ciężko jest być Emo(w słońcu jest trochę za ciepło na długie rękawy, a w deszczu wyprostowana Emo-grzywa się kręci), więc aby zachować w sobie chociaż część Emo rysuję Emo-koty.
Oto jeden z nich:





Przepraszam za jakość tego kota ale rysowałam go w pośpiechu, więc trochę tusz mi się rozmazał. :]

Większość ludzi nie lubi chmur i deszczu, pewnie Wy moi drodzy czytelnicy także, więc życzę wam słońca.
Jeśli nie lubicie słońca, to życzę Wam po prostu miłych wakacji.
Łączcie się w nie-bólu i ave Satan (lub Maria)! ;)  

poniedziałek, 9 lipca 2012

"Sappy pathetic little me. That was the girl I used to be"

Obudziłam się.

Wstałam i choć duma mą pierś powinna rozpierać...
...nie rozpierała.
Nie zawiodłam... chyba po raz pierwszy...
... jakoś łatwiej zawodzić bliskich, niż ich zadowalać...
Może to nie chodzi o nich, tylko o mnie?
Radość chyba mnie nie lubi :(

Chcę płakać, ale nie mogę...
Chcę się cieszyć, ale nadal nie potrafię...

Pragnę być jego godna... jestem coraz bliżej...

Moje ręce są wielkimi bliznami, już nie ranami...

Jestem jak Jezus umarłam, wstąpiłam do piekła i z niego wyszłam... kusił go Szatan, mnie kusi ONA...

              ...to miał być radosny post...

      ups...nie wyszło...
                         ...co za ulga!

             Emo-blog nie może być radosny! :)